piątek, Grudzień 6

Puste parkingi

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Na Kazury wprowadziłam się jako dziecko latem 1988 r. i zaraz poszłam do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 325 przy ul. Na Uboczu 9. Nosiliśmy jeszcze fartuszki i tarcze, a pączki w szkolnym sklepiku były po kilka złotych. Wszystko się zmieniło na przełomie pierwszej i drugiej klasy (lato 1989 r.). Kiedy po powrocie do szkoły poszliśmy po pączki do szkolnego sklepiku, kosztowały one już kilkaset złotych. Na szczęście przestano nam kazać chodzić w tych paskudnych granatowych fartuszkach. Pozytywów było oczywiście więcej…

Mniej więcej w tym samym czasie budowano jeszcze ostatnie bloki przy ul. Kazury – wszystkie „dwójki”, które powstały zamiast planowanej w tym miejscu szkoły, a także 4 i 6, a na koniec 5. O „jedynce” nie wspominam, bo to inna era. Codziennie rano obserwowałam z okna w kuchni, jedząc śniadanie, jak dźwigi pracowały na budowie Kazury 4, podobała mi się też zewnętrzna winda, którą jeździli robotnicy.

Sąsiadka z naprzeciwka sprowadziła się na Kazury swoją syrenką. Syrenka się postarała – przywiozła ją tu z rzeczami i rodziną, jednak pod blokiem odmówiła dalszej współpracy. Więcej już nie ruszyła. Samochód stał tak przez jakiś czas. Aż wszyscy znający się co nieco sąsiedzi z bloku postanowili pomóc sąsiadce wypchnąć ją na parking pod Górkę Kazurkę, dorosłym towarzyszyły wszystkie dzieciaki z okolicznych bloków, biegnąc wesoło za samochodem. Na ten parking odprowadzało się wtedy takie nieprzydatne auta  – na osiedlu się nie parkowało, a na parkingach było mnóstwo wolnego miejsca.

Pamiętam, gdy wracałyśmy z mamą ze świetlicy szkolnej, jak dwie młode dziewczyny  ugrzęzły w błocie między budowanymi właśnie blokami Kazury 2C i 2D. Wołały o pomoc, żeby je wydostać. Błoto na Kazury miało właściwości gliny i każdy, kto w nie wszedł, był od razu „wciągany” prawie po kolana. Moja mama elegancko ubrana, bo przecież wracała z pracy, nie bardzo miała pomysł, jak im pomóc. Na szczęście pojawił się jakiś robotnik w gumofilcach, który wyciągnął dziewczyny z kłopotu.

Wszędzie było wtedy daleko. Mimo że szkoła była w tym samym miejscu, co teraz, po drugiej stronie Stryjeńskich, to nie prowadziła do niej żadna droga ani chodnik z mojej części osiedla. Chodziło się więc naokoło, poprzez do połowy rozkopane „boisko”, okrążając teren żłobka, który wtedy rozpoczęli budować, (ale nadal go jeszcze nie ma), albo potem między świeżo wybudowanym budynkiem przy Kazury 4 a miejscem, gdzie miał stanąć blok Kazury 2F ze sklepem spożywczym. Po wszelkie zakupy po pracy i szkole trzeba było iść specjalnie na inne osiedle, w przeciwnym kierunku niż dom – cofałyśmy się najczęściej na osiedle przy ul.  Na Uboczu do sklepu, który nazywano chyba „Baniocha” i który był w miejscu, gdzie obecnie stoi blok Braci Wagów 11. Czasem chodziłyśmy po płytach do sklepu po drugiej stronie Płaskowickiej – na Hirszfelda, gdzie teraz jest Biedronka. W tym sklepie rodzice kupili mi wymarzoną ruską temperówkę – nadal sprawną i niezawodną, waży ponad pół kilo i jest niezniszczalna… pewnie dlatego gospodarka się im posypała.

Udostępnij

About Author