piątek, Sierpień 7

Bank popełni błąd a komornik wziął z twojego konta cudzy dług

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Ostatnio słyszymy coraz częściej o wyłudzaniu kredytów. Sytuacja taka ma miejsce, gdy ktoś posługując się cudzymi danymi osobowymi bierze kredyt na inną osobę. Zdarzyć się to może każdemu z nas.

Chyba  wszyscy znamy powiedzenie, że coś „jest pewne jak w banku”. Używamy go chcąc  rozwiać wątpliwości, zapewnić że wszystko będzie dobrze i że w ogóle możemy czuć się bezpiecznie. Krótko mówiąc bank jest tu przedstawiany jako symbol bezpieczeństwa i gwarancja solidności. Czy słusznie?

Pytanie nie jest bezpodstawne. Pomijając hakerów atakujących bankowe serwery zdarzają się też sytuacje bardziej spersonalizowane. Niektóre przypadki wydają się niesamowite. W emitowanych w telewizji programach typu „Interwencja” lub „Uwaga” padają przykłady o alarmującym wręcz wydźwięku. Na przykład ktoś wyłudził kredyt na osobę ubezwłasnowolnioną, która ma problemy z podpisaniem się własnym nazwiskiem. W innym przypadku ktoś ma spłacać ponad 300 tysięcy złotych, które oszust zaciągnął na jego nazwisko w ciągu zaledwie dwóch miesięcy.  O okolicznościach tego ostatniego oszustwa mówiono w programie Interwencja w dniu 1 grudnia 2019 roku. Jak doszło do tego oszustwa trudno jednak zrozumieć. Zgadzał się tylko numer Pesel oraz imię i nazwisko osoby poszkodowanej. Imiona rodziców, adres zamieszkania i inne dane były najzwyczajniej wymyślone. Mimo to, jak powiedziano, bank hojną ręką udzielił oszustowi kredytu nie weryfikując dostatecznie ani otrzymanych danych, ani tożsamości osoby wnioskującej o udzielenie  pożyczki. Z tego powodu, iż nie zgadzał się adres osoba poszkodowana nie otrzymywała również wezwań sądowych, a o całej sprawie dowiedziała się dopiero po wizycie komornika.

Oczywiście odpowiedzialność najłatwiej przerzucać na innych. Nie jest jednak dla mnie żadnym tłumaczeniem, że ktoś niedostatecznie chronił swoje dane osobowe. Dane te  znajdziemy w przychodni w której się leczymy, na receptach oraz w umowie kupna – sprzedaży samochodu. Podajemy je, gdy wykonujemy prywatne badania laboratoryjne. Znajdziemy je również w aktach notarialnych, w księgach wieczystych, umowach zawartych z zakładem energetycznym i gazowym oraz w wielu innych miejscach. Numer Pesel  wpisujemy nawet wtedy, gdy wypełniamy listy poparcia w wyborach samorządowych lub parlamentarnych.

Czy istnieje więc sposób, aby prywatna osoba mogła je ukryć? Raczej nie. Czy chcący je wykraść oszust  znajdzie względnie słabo zabezpieczone miejsca, aby je zdobyć? Raczej tak. Zdobycie fałszywego dowodu osobistego tak zwanego „kolekcjonerskiego” też nie jest niemożliwe. Wyrobienie go za  wschodnią granicą kosztuje nie więcej niż 500 złotych. Nie jest nawet kłopotem dla oszusta, że nie zgadzają się wszystkie dane, bo jak pokazał przykład z „Interwencji”  instytucje finansowe nie sprawdzają ich dostatecznie.

Nawet więc pilnując danych jak oka w głowie, nie pozwalając skanować dowodu osobistego, strzegąc jego numeru i numeru Pesel nie będziemy nigdy pewni, że skądś nasze dane osobowe nie wyciekły, a do naszych drzwi nie zapuka komornik.

Komornik to zresztą problem osobny. Jeżeli już zdarzy się, że ktoś wyłudzi na nasze dane kredyt i pójdziemy z tym na policję i do prokuratury, to wcale to nie wstrzymuje egzekucji komorniczej. Co więcej, aby unieważnić nie swoje długi musimy czekać, aż sąd rozpatrzy każdą ze spraw, gdzie wykorzystano nasze dane. Osobno zatem pożyczkę na kilkadziesiąt tysięcy, osobno zakup telefonu komórkowego, sprzętu AGD i każdą sytuację gdzie przy wykorzystaniu naszych danych dokonano zakupu na nasze nazwisko. Aby wybrnąć z opresji musimy się liczyć z tym, że procedura jest długa, kosztowna i skomplikowana. Co najgorsze to my (niewinni) musimy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami. Musimy dowieść, że to nie my wzięliśmy kredyt! Pożyczkodawca, który udzielił kredytu niewłaściwej osobie zakłada bowiem, że kredytobiorca może w ten sposób próbować uniknąć spłacania kredytu.

Kilka dni temu zgłosiła się do  mnie mieszkanka „Chomiczówki”. Mieszka na Bielanach od ponad dwudziestu lat. Pani Basia, bo tak ma na imię, padła właśnie ofiarą oszusta. Nie zgubiła dowodu osobistego, a numer Pesel podawała tylko wtedy, gdy istniała taka konieczność. Kiedy dowiedziała się o nie swoim długu poszła na policję. Tam  usłyszała, że komornik nie ma możliwości wstrzymania egzekucji. Była załamana.

Podpowiedziałem, że komornik może wstrzymać egzekucję na wniosek wierzyciela, jeśli ten uzna, że doszło do oszustwa i zachowa się rzetelnie. Po kilku dniach zawiadomiła mnie, że wierzyciel nie chciał nawet z nią rozmawiać.

Drugi przypadek dotyczy pana Marka, emeryta z bielańskich „Piasków”. Mówi, że próbował wszystkiego, ale sprawa toczy się w sądzie. Konto ma zajęte i nie ma pojęcia jak i kiedy się to skończy. Najbardziej boli go bezradność i chwilami ma ochotę skoczyć z balkonu.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest to absurdalne i woła o pomstę do nieba. Odpowiedzialność za niedostateczne sprawdzenie przez bank komu udzielany jest kredyt spada bowiem na poszkodowanego, którego danymi osobowymi posłużono się bezprawnie.

Wtedy nie dość, że złodziej cieszy się z zysku, to komornik zajmuje poszkodowanemu konto, który spłaca nie swój dług. A bank? Bank najczęściej ściąga przez komornika raty, aż sytuacja się wyjaśni. To nic, że na wniosku o pożyczkę widnieją niezgodne z faktami dane. Co prawda ostatnio wprowadzono przepis, że w razie nie odbierania wezwań procesowych dotyczących długu sąd przesyła sprawę do komornika, aby takie wezwanie doręczył, ale nadal ciężar dowodu spoczywa na oszukanym.

I co możemy powiedzieć na takie prawo? Czy elementarne poczucie sprawiedliwości pozwoli zwykłemu obywatelowi się na nie zgodzić. Mam nadzieję, że nie! Sytuacja jest bowiem kuriozalna i postawiona na głowie. Rozwiązanie byłoby jednak w miarę proste.

Najbardziej oczywiste wydaje się, że to instytucje udzielające pożyczek powinny odpowiadać za niedostateczne zweryfikowanie kredytobiorcy i udzielenie kredytu osobie posługującej się fałszywymi danymi. To bank powinien niezbicie wskazać, że przyznał kredyt właściwej osobie, a nie dublerowi. Nie wiem dlaczego, ale mam niezbitą pewność, że wówczas problem zniknie lub będzie pojawiał się bardzo rzadko. Dzieje się tak bowiem zwykle wtedy, gdy komuś przychodzi ryzykować własne pieniądze, a ryzyko jest dość duże i nie można go przerzucić na kogoś innego.

Póki co nikt z nas nie zna dnia, ani godziny. Nie wiemy czy nasze konto jest bezpieczne przed zajęciem, a nasze oszczędności nie staną się łupem komornika, który działając w imieniu wierzyciela po prostu nie zajmie ich na poczet nie naszego długu. Dopóki więc bank nie przejmie odpowiedzialności za własne błędy stwierdzenie „pewne jak w banku” pozostanie dla mnie tylko pustym frazesem. Być może niektórzy pójdą jeszcze dalej i uznają, że bezpieczniej oszczędności jest trzymać w skarpecie, choćby dlatego, że znacznie trudniej będzie je zająć komornikowi.

Chcąc rozwiązać problem wystarczyłoby również zobowiązać ustawą wszystkie instytucje pożyczkowe do uczestniczenia w systemie zastrzeżeń kredytowych prowadzonych przez Biuro Informacji Kredytowej. Każdy z nas mógłby wtedy zastrzec, że nie życzy sobie kredytu, a bank który tego nie sprawdził ponosiłby pełną odpowiedzialność za udzielenie pożyczki oszustowi. W systemie zastrzeżeń uczestniczy jednak dziś zaledwie kilkanaście instytucji finansowych, co sprawia, ze system ten jest atrapą.

Tak lub inaczej z bezpieczeństwem, które bank powinien gwarantować nie ma to nic wspólnego, a sprawą w trybie natychmiastowym powinny zająć się organy ustawodawcze.

Jerzy Konarski

Udostępnij

About Author