niedziela, 16 lipiec 2017 17:20

Złych przepisów nikt nie naprawia

Napisane przez  Bogdan Żmijewski

Dla fachowców gołym okiem widać, gdzie jest tzw. afera reprywatyzacyjna. Zupełnie nie tam, gdzie jej szuka prokuratura i komisja sejmowa. Nie potrafię dziś rozstrzygnąć o udziale w tym procederze oraz winie Pani Prezydent i jej urzędników. Może i coś mają za uszami, ale raczej niewiele im się udowodni. Prokuratura już ponad 20 śledztw umorzyła nie doszukując się złamania prawa. ABW i CBS też nic nie wykryły.

Odrębną kwestią jest, że wiedza prokuratury i powyższych instytucji w materii reprywatyzacyjnej jest cienka, więc i efekty są mierne. Wiem też jedno, że Pani Prezydent zajęła się nadzorem nad sprawami, na których się nie zna, więc mogła być manipulowana, co jej wcale nie usprawiedliwia. Wręcz przeciwnie kompromituje profesora prawa bankowego, ale to zupełnie inna sprawa.

Źródło afery tkwi w aferalnych przepisach prawa i w sądach cywilnych, które nie nadzorują właściwie działań kuratorów byłych właścicieli.

W procesie prywatyzacji występują osoby, które swoim sposobem mają wiedzę o złożonych wnioskach zwrotowych. Szukają więc byłych właścicieli oferując im, że będą ich reprezentować w procesie zwrotowym albo nabywając od nich ich część roszczeń do nieruchomości. Akt nabycia roszczeń najczęściej odbywa się po decyzji Samorządowego Kolegium Odwoławczego (SKO) stwierdzającej nieważność decyzji nacjonalizującej grunt, ale bywa, że i wcześniej. Ma to wpływ na wycenę roszczenia z uwagi na ryzyko braku zwrotu, fatygę i czas na załatwianie sprawy.

Ponieważ części byłych właścicieli nie można odszukać, bądź nie można odszukać ich spadkobierców, więc nie można od nich nabyć roszczeń, to pojawiają się osoby, które występują do sądów cywilnych o ustanowienie ich kuratorami byłych właścicieli jako osób nieznanych z miejsca pobytu (kurator – opiekun majątku, zastępca procesowy). Opiekunowie ci sprzedają roszczenia do nieruchomości osobom zainteresowanym. Te roszczenia formalnie trudno jest wycenić, więc często oficjalna cena jest niska. Wielokrotnie niższa od ceny nieruchomości. Pod transakcję oczywiście jest zrobiona jakaś wycena roszczeń jako podkładka dla sądu – dupokrytka szemranej transakcji. Kurator potrąca też sobie z tej ceny za fatygę opiekowania się majątkiem, a często resztę (nędzne grosze) wpłaca na depozyt sądu by kiedyś mógł ją odebrać były właściciel lub jego spadkobiercy albo Skarb Państwa.

Sąd tego procederu nie kontroluje właściwie, bo nie ma do tego narzędzi i wiedzy oraz chęci.

Gdy nabywca roszczeń odzyskuje nieruchomość, to ją sprzedaje za wielokrotnie większą sumę niż nabył roszczenie. On się tłumaczy, że nikogo nie oszukał. Twierdzi, że cena roszczenia była niska, bo przecież ryzykował swoje pieniądze, gdyby nieruchomość nie była zwrócona. I nikt mu nic nie zrobi. Nie zrobi też nic kuratorom, że tanio sprzedali roszczenie, bo ci zasłonią się zezwoleniami udzielonymi przez sąd na sprzedaż roszczeń po fikcyjnej cenie, ale z podkładką wyceny. A ferelnych przepisów nikt nie chciał poprawić, choć wszyscy o nim wiedzieli.

Afera reprywatyzacyjna wcale nie zaczęła się w Warszawie, tylko w Krakowie. Tam było dużo majątków pożydowskich. Tam pierwej ćwiczono mechanizm na kuratora. Tam powstały pierwsze fortuny. Wszystko odbywało się we własnym sosie. Większość prawników w tym mieście się zna. Większość po Jagiellonce, mecenasi, sędziowie, prokuratorzy, radcy prawni urzędów państwowych, koledzy i koleżanki. A potem infekcja aferalna padła na Łódź i Warszawę. Tu też towarzystwo się zna. Więc kruk krukowi oka nie wykole, bo wszystko było zgodnie z prawem. A co najmniej trudno udowodnić, że prawo złamano w sposób świadomy.

Handel roszczeniami to ponadto świetna pralnia pieniędzy zarobionych nie uczciwie. Kupuje się roszczenia na umowę cywilną. W umowie inna niska kwota, a faktycznie znacznie wyższa. Jak się uzyska zwrot nieruchomości i ją się sprzeda, to uzyska się czyste pieniążki (bez podatku) i już można być szanowanym, majętnym obywatelem.  

Bogdan Żmijewski

Blowjob