środa, 23 grudzień 2015 19:10

Do przeczytania jeden Kopff: Społeczeństwo obywatelskie

Napisane przez  Antoni Kopff

Od lat obserwuję, jak słowa kiedyś jednoznaczne nabierają w codziennym użytkowaniu odmiennego od pierwotnego sensu. Ot, pierwsze z brzegu - „solidarność” kiedyś znaczyło „poczucie odpowiedzialności za całość wspólnego zobowiązania” - dziś, używane jako nazwa związku zawodowego oznacza brak jakiejkolwiek odpowiedzialności za państwo, będące naszym wspólnym zobowiązaniem. Chytre manipulowanie podobnymi określeniami doprowadziło do zdeprecjonowania takich pojęć jak demokracja, sprawiedliwość, interes narodowy czy prawa jednostki.

Ostatnio za sprawą wiecowych krzykaczy niezmiernie popularne i bezrefleksyjnie przyjmowane przez opinię publiczną dzięki medialnym krasomówcom stało się pojęcie „społeczeństwa obywatelskiego”. Zastanawiałem się, o co chodzi w tym określeniu: czy to może pleonazm - takie masło maślane, bo przecież skoro Polacy są obywatelami swej ojczyzny, to także są jej społecznością. Jak się jednak okazało, nie miałem racji i dopiero w kończącym się roku, pełnym wyborczych niespodzianek, kilku wybitnych mędrców wykazało mi moje nieuctwo w tym zakresie. Przywódcy przegranych w wyborach partii swą klęskę tłumaczyli tym, że połowa Polaków nie głosuje i że owego „społeczeństwa obywatelskiego” po prostu nie ma. Z kolei prezes zwycięskiej formacji uważa, że ci, którzy nie głosowali na jego ekipę to obywatele „najgorszego sortu” lub wręcz „zdrajcy”. Przyznacie, że to porażająca swą głupotą klasyfikacja społeczeństwa! Politycy widocznie uważają, że społeczeństwo obywatelskie to takie, które masowo kibicuje ich międzypartyjnym rozgrywkom, a potem kornie chyli czoła przed najgłupszymi posunięciami swych wybrańców. Ci, którzy wolą chodzić w tym czasie do kina lub na spacer, to zapewne odszczepieńcy niechętni do brania udziału w zbiorowej ekscytacji wyborczymi obietnicami - odporni na demagogię, obłudę i fałsz. A jest ich - o zgrozo - około pięćdziesiąt procent, a nawet więcej, jeśli doliczymy młodzież, jeszcze nieuprawnioną do głosowania, a niejednokrotnie bardziej świadomą niż dotknięte demencją staruchy.

Biadolenie o atrofii polskiego „społeczeństwa obywatelskiego” jest takim samym propagandowym zabiegiem, jak nazywanie „demokracją” pozaparlamentarnych rządów prezesa PiS-u. Milcząca większość narodu cierpliwie znosi wybryki każdej władzy, ale potrafi pokazać swą siłę, gdy obecny „naczelnik” rozpasany w poczuciu bezkarności, narusza podstawy praworządności i kanony społecznej koegzystencji. Toteż gdy kierujący teatrzykiem rządowych marionetek p. prezes rozpoczął wojnę z Trybunałem Konstytucyjnym - obywatele wyszli na ulice. Bez kolumn autobusów dowożących klakierów, bez wezwań z propagandowych anten, bez dyżurnych kapelanów i wojskowej asysty - z dnia na dzień skrzyknęło się 50 tysięcy demonstrantów, którzy nie chcą uprawiać polityki, lecz żyć w spokoju, godnie i uczciwie. To ludzie, którzy chcą, by władza nie była partyjna, lecz kompetentna. Obywatele, którzy przeciwnie niż „pierwsze osoby w państwie” - szanują konstytucję. Polacy, którzy ojczyznę noszą w sercach, a nie na pełnych nienawiści transparentach, i nie chcą, by nastąpił powrót do czasów „demokracji ludowej”.

W te grudniowe dni kończącego się roku warto przywracać właściwe znaczenie słowom, hasłom i pieśniom. Jeśli zatem ”ojczyznę wolną pobłogosław, Panie” - to wolną od politycznych oszustów i zawodowych krętaczy, jeśli „nie zginęła, kiedy MY żyjemy” to dlatego, że my - to nie partia. MY - to naród.

Wszystkiego najlepszego, rodacy!

Antoni Kopff

PS. Drodzy Czytelnicy! Dziękuję Wam za to, że przez lata byliście życzliwymi odbiorcami moich felietonów, lecz zdrowie nie pozwala mi na razie na kontynuowanie tego zajęcia. Trzymajcie się - a za mnie kciuki!

Blowjob