sobota, 27 maj 2017 21:18

Czuję głód teatru

Napisane przez 
Czuję głód teatru Fot. Karina Szymczuk

Z Grzegorzem Daukszewiczem rozmawia Rafał Dajbor

- Czy obecnie, po pięciu latach grania postaci doktora Krajewskiego w serialu „Na dobre i na złe” wie Pan na tematy medyczne więcej, niż gdy po raz pierwszy stanął Pan na planie serialu?

- Na pewno moja wiedza medyczna wzrosła o tyle, że przyswoiłem sobie pewną terminologię, dotychczas całkowicie mi obcą. No i medyczny żargon, dość, muszę przyznać, skomplikowany. Ale bez profesjonalnych konsultantów medycznych na planie i tak byłoby nam więcej niż ciężko. I mówiąc szczerze, dopiero gdy chwyciłem w dłonie wszystkie te medyczne sprzęty, uświadomiłem sobie, jaka to strasznie ciężka robota, a przecież to, co robimy na planie, to tylko namiastka tego, co dla lekarzy jest codziennością.

- Wielu aktorów wsiąka w serial na tyle, że w ich filmografii pojawiają się tylko kolejne odcinki tego jednego serialu. W Pana przypadku jest inaczej, ma Pan w dorobku filmy fabularne, a także inne seriale. Czy ma Pan poczucie, że nie dał się Pan zaszufladkować? Że nie został Pan Krajewskim, a nadal jest Daukszewiczem?

- Dokładnie tak jest. Nie czuję się zaszufladkowany, nie mam też poczucia, by nazwisko mojego serialowego bohatera zastąpiło w pamięci widzów moje prawdziwe. Wydaje mi się, że pewne role, które miałem i mam przyjemność wciąż grać, takie jak np. w „Czasie honoru” czy w „Skazanych” pokazują, iż ci, którzy decydują o obsadach, wciąż uważają, że potrafię grać także inne postacie niż zbuntowany, narcystyczny amant, jakim jest Krajewski. Nawiasem mówiąc, w ogóle nie mam prawa narzekać, bo od momentu ukończenia studiów aktorskich ciągle miałem jakąś pracę. Nie jest to w życiu młodego aktora oczywistość.

- Pańscy dziadkowie – Justyna i Jan Kreczmarowie – byli znanymi, znakomitymi aktorami. Pański stryjeczny dziadek Jerzy Kreczmar – reżyserem i teatrologiem, a kuzyn, Zbigniew Zapasiewicz, jednym z najwybitniejszych polskich aktorów XX i początku XXI wieku, pedagogiem, reżyserem. Pański ojciec, Krzysztof Daukszewicz, to znany piosenkarz, autor i aktor kabaretowy i estradowy. Czy czując się członkiem takiej rodziny od początku widział Pan siebie wyłącznie jako aktora, czy też brał Pan pod uwagę inne możliwości?

- Brałem, brałem! I miałem naprawdę mnóstwo opcji co do swojego przyszłego życia. Poczynając od weterynarza i policjanta aż po psychologa, za który to zawód zabrałem się najpoważniej i zaraz po maturze spędziłem rok, studiując psychologię kliniczną w SWPS. Ale aktorstwo jednak mnie fascynowało, obserwowanie aktorów w teatrze, kinie czy telewizji powodowało u mnie jakieś mrowienie… Tyle że byłem bardzo nieśmiały i sądziłem, że nie dam rady tego pokonać, w czym utwierdził mnie pierwszy egzamin do warszawskiej Akademii Teatralnej, na który wszedłem przestraszony i spanikowany i który sromotnie oblałem. Ale moja miłość do sceny i determinacja, by tę nieśmiałość pokonać, opłaciły się. Ukończenie szkoły teatralnej uważam za jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem w życiu, i czuję się po tych studiach po prostu szczęśliwszym człowiekiem.

- Śmierć Zbigniewa Zapasiewicza uznawana jest we współczesnej teatrologii za symboliczny koniec pewnej epoki w dziejach polskiego teatru powojennego. Czy miał Pan okazję uczyć się od swojego sławnego kuzyna? Obcować z nim?

- Zbigniew Zapasiewicz to dla mnie w każdym tego słowa znaczeniu WIELKA POSTAĆ, ale jednocześnie ktoś, kogo nie miałem okazji lepiej ani bliżej poznać. Gdy studiowałem przyjęliśmy zasadę, którą wiele lat wcześniej przyjął studiujący wtedy Zbigniew Zapasiewicz wobec mojego dziadka, profesora Jana Kreczmara, czyli zwracanie się per „panie profesorze” i żadnej poufałości. Pamiętam natomiast doskonale moje ostatnie z nim spotkanie. Byłem wtedy na trzecim roku, profesor Zapasiewicz szedł do zaparkowanego na Schillera samochodu, spotkaliśmy się pod Akademią, zapadał już zmierzch. Zapytał, jak mi idzie, jak się czuję w szkole. Odpowiedziałem, że dobrze, dodając oczywiście sakramentalne „panie profesorze”. On na to uśmiechnął się i powiedział, że się cieszy. Natomiast zawsze, przez wiele lat, uważnie obserwowałem go ukradkiem na wszelkich rodzinnych spędach. Czasem wpadał do nas na Boże Narodzenie. Był człowiekiem z kolosalną klasą i gdyby udało mi się mieć choćby niewielką część tej klasy, którą miał on – to już byłbym szczęśliwy.

- Od jakiegoś czasu właściwie nie widać Pana na scenie…

- Moment, w którym w 2013 roku odszedłem z Teatru Studio, był w moim życiu przedziwnym, ale i owocnym czasem. Czasem, w którym przeszedłem szybką lekcję asertywności i odpowiedzialności za siebie. Wiele zaryzykowałem, bo etat (a co za tym idzie także wiążące się z nim zabezpieczenia socjalne) porzuciłem po to, by móc zagrać w filmie Jana Komasy „Miasto 44”, w którym, bądźmy szczerzy, nie zagrałem bynajmniej roli głównej. Ale także pozostałe zobowiązania filmowe i telewizyjne sprawiały, że nie byłem w stanie być w teatrze na etacie. Rozmowa z Agnieszką Glińską, szefową Teatru Studio, była bardzo szczera i przyjacielska, za co do tej pory jestem jej niezwykle wdzięczny. Z perspektywy czasu niczego nie żałuję, ale przyznaję, że w momencie, w którym podjąłem ostateczną decyzję, byłem - mówiąc kolokwialnie i wprost – totalnie spietrany. Natomiast jestem właśnie na etapie odwiedzania dyrektorów teatrów i składania CV. Czuję głód teatru.

- Teatrem, w którym można Pana oglądać jest Teatr Scena…

- …a także Teatr Polonia, gdzie występuję w przedstawieniu „Pan Jowialski”, w którym gram Ludmira, a teraz także co jakiś czas Janusza, w zastępstwie za Krzysztofa Pluskotę. Bardzo lubię to przedstawienie, podobnie jak i „Leśmiana” w którym występuję w Teatrze Scena.

- A czy zanim zaczął Pan występować w „Leśmianie” lubił Pan tego poetę?

- Kiedy w okresie licealnym zacząłem poznawać poezję Bolesława Leśmiana, byłem nią generalnie rzecz ujmując znudzony. Na studiach, choć pracowaliśmy z naszym profesorami nad wieloma wierszami, jakoś nigdy nie braliśmy na warsztat twórczości Leśmiana. Dopiero praca z Małgorzatą Kaczmarską (reżyser przedstawienia „Leśmian” – przyp. aut.) przy tym przedstawieniu ukazała mi jego twórczość w innym świetle. Na moją zmianę postrzegania ma też na pewno wpływ fakt, iż w porównaniu z latami licealnymi po prostu dojrzałem i teraz doceniam i rozumiem tego poetę. Kiedyś była to dla mnie poezja liryczno-sentymentalno-nostalgiczna. Niezbyt ciekawa. Teraz widzę ileż tam jest erotyzmu, pasji, magii i poetyckiego pazura.

- Wróćmy na chwilę do Pańskiego ojca. Czy ciągnie Pana w kierunku twórczości w jego stylu? Czy możemy się spodziewać, że obok sceny, telewizji i filmu w Pana dorobku pojawi się także piosenka i estrada?

- Trzeba tu rozgraniczyć dwie sprawy – owszem, gram na gitarze, nawet coś komponuję, a kiedy dojdę do wniosku, że jest to warte pokazania, chętnie zmierzę się z czymś, co zwiemy piosenką autorską. Ciągnie mnie też w kierunku poezji śpiewanej. Ale w twórczości ojca, poza piosenką, jest jeszcze druga rzecz – satyra. Kabaretowe monologi, które on sam sobie pisze i sam je wykonuje. I na to już się nie odważę. Uważam, że mój ojciec to niezwykle bystry facet o fenomenalnym poczuciu humoru i wielkiej umiejętności nie tylko dostrzegania śmieszności i głupoty, ale także ujmowania ich słowem pisanym. Ja tak lotnego pióra jak ojciec po prostu nie mam.

- Jest Pan mieszkańcem Górnego Mokotowa. Czy jest coś, za co chciałby Pan swoją okolicę pochwalić? A może skrytykować?

- Zacznę może od tego, że zanim zostałem mieszkańcem Górnego Mokotowa mieszkałem na Dolnym Mokotowie, co było dla mnie jako dla początkującego aktora bardzo wygodne, bo miałem trzy minuty pieszo do wytwórni filmowej na Chełmskiej, gdzie odbywa się mnóstwo castingów. Miałem też blisko na spacer do Łazienek. O ile jednak zamieszkanie na Dolnym Mokotowie było dziełem pewnego przypadku, o tyle Górny Mokotów wybrałem już całkiem świadomie. Miejsce to urzekło mnie spokojem oraz przemiłymi ludźmi, którzy tam mieszkają i którzy są wspaniałymi wręcz sąsiadami. Zauważyłem, że mieszka tu w ogóle sporo ludzi z mojej branży, m.in. Izabela Kuna, pan Jerzy Połomski, Janusz Chabior. Jako że wciąż czuję się aktorem tak naprawdę młodym, cenię sobie możliwość spotykania tak znakomitych artystów po prostu na ulicy, jako sąsiadów. Uwielbiam też Pole Mokotowskie, park może nie aż tak historyczny, jak Łazienki, ale także piękny i bogaty swoją lotniczą przeszłością. A dla młodych, współczesnych warszawiaków – wręcz kultowy. Co mnie drażni? Niewiele. Najbardziej chyba długi czas trwania remontów. Tak mi się akurat złożyło, że w mojej okolicy, róg Rakowieckiej i Opoczyńskiej miałem remont równiuteńkie dwa lata. Mam głęboką nadzieję, że już się definitywnie skończył.

Blowjob