piątek, 30 czerwiec 2017 18:13

Aktorstwo nie było zawodem, o którym marzyłem

Napisane przez 
Piotr Szwedes podczas spektaklu „Pół na pół” w Chorzowie. Piotr Szwedes podczas spektaklu „Pół na pół” w Chorzowie.

Z Piotrem Szwedesem rozmawia Rafał Dajbor

- Został Pan aktorem w czasie przełomu. Egzamin wstępny do łódzkiej PWSFTviT zdawał Pan bowiem jeszcze za PRL-u, a wyszedł ze szkoły jako dyplomowany aktor już w nowej Polsce. Miało to na Pana wpływ?

- To prawda, że zmiana systemu gospodarczego, a co za tym idzie pojawienie się w zawodzie aktorskim większej konkurencji, ale i innych możliwości, takich jak reklamy i seriale, bardzo zmieniło sposób uprawiania tego zawodu, co dla wielu uczących się w szkołach aktorskich w tamtych latach było szokiem. Tak jakby trochę do innego zawodu aspirowali, a trochę inny przyszło im uprawiać. Tylko że akurat w moim przypadku było nieco inaczej. Aktorstwo nie było zawodem, o którym marzyłem. Tak się złożyło, że w tym kierunku popchnęła mnie Anna Pochyła, osoba prowadząca zajęcia teatralne w Mrągowie, niedaleko mojego rodzinnego Lidzbarka Warmińskiego. Uczyłem się tam w szkole pomaturalnej, bo nie zdałem na prawo do Torunia i musiałem – i tu właśnie dotykamy rzeczywistości czasów Polski Ludowej – schować się gdzieś przed wojskiem. Na egzaminy do Łodzi jechałem bez przekonania, po czym zdałem je za pierwszym razem, czego mi do tej pory nie mogą wybaczyć niektórzy koledzy, dla których aktorstwo było zawodem wymarzonym, a którzy po cztery czy pięć razy nie mogli przebrnąć przez egzaminy. Ale po jakimś pół roku w szkole, pod kierunkiem mojej opiekunki roku, pani profesor Ewy Mirowskiej – poczułem już, że to jest to, co chcę robić.

- W połowie lat dziewięćdziesiątych zagrał Pan w dwóch filmach, które mają dziś status kultowych: mam tu na myśli „Młode wilki” i „Nic śmiesznego”. W tym pierwszym zagrał Pan jedną z głównych ról, w tym drugim – epizod…

- …wejdę Panu w słowo: epizod, z którego w dodatku zostało jedynie 50 procent. Zagrałem u Marka Koterskiego dwie sceny, z których jedną wycięto. Ale tu muszę zrobić pewną dygresję: pamiętam jak dziś rozmowy na planie o nieprawdopodobieństwie sytuacji. Chodziło nam o przedwczesne wysadzenie mostu, które wprowadziło w furię granego przez Krzysztofa Kowalewskiego kierownika produkcji. Dziwiliśmy się, co ma do tego produkcja, przecież na planie rządzi reżyser! To on powinien się wściekać. Minęły lata i Koterski okazał się profetą… Dziś to norma, że na planie pion produkcyjny ma o niebo więcej do powiedzenia, niż twórcy. Nie chcę powiedzieć, że światem rządzi kasa, ale coś w tym jest. Natomiast „Młode wilki” rzeczywiście są filmem, który dał mi sporą popularność. Na pewno zagrałem kilka ról „na fali” popularności po „Młodych wilkach”, ale na przykład występ u boku Krysi Jandy w „Opowieściach weekendowych” u Krzysztofa Zanussiego musiałem sobie wywalczyć. Pan Zanussi powiedział mi bowiem, że szuka w ogóle innego typu aktora. A jednak po zdjęciach próbnych – zmienił zdanie. To jest zresztą pretekst do szerszej rozmowy, bo zżymam się strasznie na to, że reżyserzy często w ogóle nie oczekują od aktora kreacji, grania, umiejętności. Obsadzają nie aktora, a „typ”. Nieważne co umiesz zagrać, ważne tylko, jak wyglądasz. Tymczasem zawodowy aktor powinien zagrać także rolę, do której z wyglądu może w ogóle nie pasować.

- Potem pojawili się „Złotopolscy”… Udzielił Pan już wielu wywiadów na temat roli Tomka Gabriela, więc proszę tylko powiedzieć: żałował Pan, gdy serial się skończył?

- Żałowałem, tym bardziej, że to nie my zakończyliśmy ten serial, ale to nas zakończono. Nie z przyczyn politycznych co prawda, ale jednak decyzję podjęto odgórnie. W tym wypadku jestem konserwatystą, nie lubię, gdy coś się zmienia, gdy coś się kończy... ale przyzwyczajam się.

- Już podczas grania w „Złotopolskich” wystąpił Pan w dwóch odcinkach słynnej, kręconej w latach 1980-2000 serialowej epopei Jana Łomnickiego, czyli w serialu „Dom”. Czy wystąpienie w już wtedy legendarnej produkcji było dla Pana przeżyciem?

- Jasne że tak! Do tego na całe aktorskie życie zapamiętałem pewną lekcję, jaką dał mi Jan Łomnicki. Któregoś dnia przegadywaliśmy scenę. Była to próba przed ujęciem. Mówiłem swój tekst swobodnie, „na biało”, niedbale, jak to na próbie… I nagle Jan Łomnicki przerwał nam, patrzy na mnie i mówi: „Panie Piotrze, przepraszam, ale co pan robi”? Zdębiałem, zacząłem coś tam tłumaczyć, a pan Łomnicki na to: „Proszę pana, to, że to jest tylko próba, nie zwalnia nas z tego, że ja muszę wiedzieć, jak Pan to zagra!”. Na zawsze zapamiętałem, że w pracy na planie nie ma czasu i miejsca na żadną niedbałość, na żadne udawactwo i partaninę.

- Najnowszą rolą telewizyjną, z której jest Pan znany, jest dyrektor Boczkowski z serialu „Bodo”…

- Niezwykle cenne dla mnie doświadczenie i… mimo tylu już lat spędzonych w zawodzie znów cenna nauka. Początkowo zamierzałem bowiem grać Boczkowskiego ostrzej. Pokazać o wiele więcej emocji A tu reżyser Michał Kwieciński zaczął mnie wstrzymywać. Mówił mi, bym powstrzymał swoją energię. Że i tak mam to w oczach. Oj, jak bardzo chciałem się o to pokłócić! A już po obejrzeniu pierwszych nagranych materiałów dostrzegłem, że ma rację. Uwielbiam takie role, które muszę grać wbrew swoim pierwszym pomysłom. Te role rozwijają aktora najbardziej.

- Widzowie z całej Polski znają Pana ze sceny, bo od lat jeździ Pan po kraju z różnymi przedstawieniami, niektóre nawet Pan wyreżyserował, inne zaś tworzy Pan jako producent. Najnowszą zaś Pana premierą jest spektakl „Pół na pół”. Proszę opowiedzieć o tym przedsięwzięciu.

- To było tak, że wraz z Piotrem Polkiem i reżyserem Wojtkiem Malajkatem pracowaliśmy nad całkiem innym tekstem. Któregoś dnia Wojtek przyniósł ten właśnie i już po chwili wiedzieliśmy, że zmieniamy plany… „Pół na pół” to pozornie zabawna opowieść o dwóch braciach, którzy dzielą spadek po matce, która jeszcze... żyje, mieszka za drzwiami. Jeden z braci utknął przy niej, rezygnując z własnego życia. Drugi uciekł, ożenił się, ale na dobrą sprawę trafił z deszczu pod rynnę… Ten spektakl to komedia, ale taka, że śmiech w pewnym momencie więźnie w gardle. Te momenty przerażenia po salwach śmiechu są dla nas najlepszą nagrodą. Premierę daliśmy w Nowym Sączu, a premierę warszawską odbyliśmy w Teatrze Polonia u Krysi Jandy, jednym z cenniejszych miejsc teatralnych w kraju. Jeździmy z „Pół na pół” po Polsce, mamy propozycje z zagranicy od Polonii, chcemy też pokazać spektakl w ojczyźnie autora, czyli w Hiszpanii, ale nie Polakom, a właśnie Hiszpanom. Swego czasu odwiedził nas współautor, Pep Anton Gomez. Podobało mu się. Stąd w planach Barcelona. Ciekawe, jak odbiorą sztukę rodacy autora. Dziś w teatrach nie ma już bariery językowej. Przedstawienia gra się z napisami, jak filmy. To otwiera całkiem nowe możliwości.

- Pochodzi Pan z Lidzbarka Warmińskiego, studiował Pan w Łodzi, ale od dawna mieszka Pan w Warszawie. To teraz Pana „miejsce na ziemi”?

- Pochodzę z Lidzbarka Warmińskiego, a moja żona z Mikołajek, ale gdy jedziemy z tamtej strony samochodem do Warszawy, czujemy, że jedziemy „do siebie”. Warszawa jest teraz zdecydowanie moim miejscem i moim światem. A zwłaszcza szczególnie mi bliski Mokotów.

- Jakie są Pana najbliższe plany jako aktora i producenta?

- Założona przeze mnie Kompania Teatralna ma w planach kolejną premierę – komedię o tematyce małżeńskiej pod tytułem „Kłamstwo”, napisaną przez fantastycznego francuskiego dramaturga Floriana Zellera, którego sztukę „Ojciec” wystawił właśnie Teatr Ateneum. Reżyseruje powtórnie Wojtek Malajkat, który także gra ze mną w dublurze. Ponadto w obsadzie Iza Kuna na zmianę z Joasią Liszowską, Mikołaj Roznerski i Milena Suszyńska. Premiera znów w Nowym Sączu, we wrześniu. Uważam, że ten nieco kojarzący się ze zgrupowaniami sportowymi sposób prób, polegający na zostawieniu swoich codziennych spraw w Warszawie i wyjechaniu na drugi koniec Polski, by tam odbyć próby generalne i zagrać premierę, jest znakomity, tym bardziej, że w Nowym Sączu jest świetna, wypróbowana i wymagająca publiczność.

- A plany filmowe?

- W wakacje ruszają zdjęcia do trzeciej części „Młodych wilków” Jarka Żamojdy. Znów ma być ciekawie i sensacyjnie, ale proszę nie oczekiwać, że nasi bohaterowie będą nadal chłopcami, którzy biegają z pistolecikami. Chcemy pokazać naszych bohaterów o dwadzieścia lat później – już żonatych, „dzieciatych”, niejednokrotnie na poważnych stanowiskach; rozmawia pan właśnie z filmowym prezydentem Szczecina. Chcemy zestawić nasz świat, świat ludzi, którzy wchodzili w dojrzałość zaraz po upadku socjalizmu i zachłystywali się wszystkim, co zachodnie, ze światem dzisiejszego młodego pokolenia. W obsadzie oczywiście nasza czwórka, czyli Paweł Deląg, Jarek Jakimowicz, Zbyszek Suszyński i ja, a także znani z pierwszej części Małgosia Kożuchowska i Jan Nowicki. Jestem pewien, że to znów będzie wielki hit, a przy tym dobry i mądry film. Polsko, zapraszam!