sobota, 23 wrzesień 2017 20:12

Moja kamienica

Napisane przez  Jerzy Kraśniewski

Środa, 02 lipca 2014 r. I znów jestem na mojej Woli. Tak, jak przed siedemdziesięcioma laty, stoję na Grzybowskiej w bramie domu numer 47. Wychodząca akurat pani, zapytana, odpowiedziała cichutko, że starych ludzi, pamiętających Powstanie, już tu dawno nie ma. Przez chwilę patrzyliśmy razem na drugą stronę ulicy, gdzie od potężnego muru, okalającego kiedyś wielki browar Haberbuscha, rozpościera się dziś i biegnie w stronę ulicy Żelaznej trawnik. Pani nie wiedziała, że do potężnej ściany, chroniącej i dziś olbrzymie podwórko byłej wytwórni piwa, przylegała MOJA KAMIENICA. Od niej ciągnął się drewniany płot. Odgradzał od ulicy fabrykę pysznych cukierków Holenderskiego. Odrobinkę dalej tuliła się do płotu z jednej i do budowli z czerwonej cegły z drugiej - maleńka chałupinka: pełna słoików z niezwykłymi cukierkami, toreb z ciasteczkami za niewiele groszy, czyli sklepik pani Rosiakowej. Przez siedemdziesiąt lat spotkałem tylko jednego mieszkańca mojej kamienicy – szkolnego kolegę Józwę Rudnickiego. To z nim zaczynaliśmy ów pamiętny dzień.

X

Ten dzień zaczął się inaczej, niż powinien. O świcie obudził mnie ojciec, który tego nigdy nie robił. Dotąd zawsze znikał bardzo rano, wracał z pracy późno, gdy spałem. A tu przecież wtorek pierwszy sierpnia 1944 roku. Szkolne zajęcia dopiero za miesiąc, wszyscy są w domu, łącznie z tatą, który powinien być w pracy?… Więc jak to jest? Nie zdążyłem się pozbierać. Po kolei spadały na łóżko części mojej garderoby, a potem buźka pod kran i szybko z babcią Marcią na parter do sklepu spożywczego pana Kwaśnego.

Nie byliśmy pierwsi. W połowie drogi do lady pojawił się mój szkolny kolega z parteru, Józwa Rudnicki. Podszedł i zagadał tak jakoś inaczej: czy pani Marcia – czyli moja babcia Zaorska - pozwoli, że on ze mną chwilę pogada? Babcia zaniemówiła, a my szybko odeszliśmy na bok. No i co? – spytał. A ja, że - nic. Dużo się dzieje, usłyszałem, ale czy da się odejść gdzieś i pogadać. Jednak babcia już szła do nas. Zejdź do bramy po obiedzie, powiedział i szybko odszedł. Wróciłem do kolejki, nie odpowiadając na pytania. A tu było cicho, bo wszyscy szeptali.

Z domu wymknąłem się do Józwy na podwórko. Na dole rojno. Po południu koło piątej wrzawa obok drzwi do piwnicy. Stamtąd wyszli na światło dzienne dwaj starsi bracia kolegi: Wacław i Staś Rudniccy. Zatkało mnie: na każdym bluza „panterka”, na głowach z takiego samego materiału pierożki z malutkimi biało-czerwonymi chorągiewkami z każdej strony i na środku trochę zgięte wielkie polskie orły. Plecaki mnie nie zainteresowały, oszołomiły natomiast dwa granaty u każdego za pasem. Później usłyszałem – obronne, straszne, gdy się rozerwą na kawałeczki.

Dopiero w tym momencie zrozumiałem kto inspirował wyprawy mojego sąsiada na pobliskie ulice i od czasu do czasu mój w nich udział. Na olbrzymich słupach ogłoszeniowych, gdzie wisiały hitlerowskie plakaty, przylepialiśmy małe karteczki z napisem „Hitler kaput”. Głównie on to robił. Ja obserwowałem, czy nikt nie nadchodzi.

Na podwórku cisza zrobiła się zupełna, gdy z piwnicznych drzwi wyszedł, podtrzymywany przez matkę Józwy, jego kulejący ojciec. W rękach trzymał wielką biało-czerwoną flagę. Za nimi przepychał się z drabiną mój kolega, ale ojciec nie dał się jednak zastąpić. Wszedł na nią i w sterczącą ze ściany rurkę wcisnął koniec kija z flagą. Nasza kamienica: Grzybowska 56, była udekorowana. Ktoś w tym momencie krzyknął: - Będziemy bić szwabów! Ale Wacław Rudnicki powiedział głośno: - Uważajcie! Niemcy są wszędzie, także obok nas, zupełnie niedaleko – pełno ich róg Chłodnej i Żelaznej, a nieco dalej jest ich wielu w szkole na Chłodnej przy Waliców. Niedawno była to moja i Józka „buda”. Czy teraz będzie znów dla nas?

I tak się zaczęła ta moja przygoda. Miałem wówczas 13 lat i aż 170 cm wzrostu. Najpierw budowaliśmy barykadę po przeciwnej stronie przy domu 47. Przydała się bardzo szybko. Już późnym wieczorem pokazał się pierwszy czołg przy rogu Żelaznej. Nie strzelał.

Kolega miał jednak szybko dość barykady. Obok naszej kamienicy pod numerem 58 za wielką bramą krył się, jak wspomniałem, znany browar Haberbuscha i Schiele. Stary Rudnicki przepracował tam wiele lat, więc jego synowie znali każdy zakamarek. Naszym celem były magazyny. Po południu każdy z plecaczkiem i jakimiś torbami maszerowaliśmy do budynków położonych w głębi wielkiego podwórka. Najbardziej atrakcyjnych, kryjących mięso, pilnowali ludzie z bronią. To dla wojskowej kuchni. Idziemy więc po olbrzymią fasolę i zboża do wielkich pomieszczeń. Ludzi było niewielu. Poszliśmy dalej do olbrzymich silosów pełnych grochu i, jak mówił Józwa, jęczmienia, pszenicy, których w takiej postaci nie widziałem. On wiedział, że z tego robiono piwo. Do domu wróciłem z pełnym plecaczkiem i dwiema płóciennymi torbami w rękach. Zrobiliśmy kilka takich rund. Babcia pochwaliła pomysł. Ona wiedziała, co można ugotować z fasoli, grochu, a także ze zboża. Przy okazji usłyszałem w domu, że przecież coś trzeba jeść, a nie wiadomo ile to wszystko będzie trwało. Babcia gotowała ze zbóż przedziwne potrawy. Matka pojękiwała z bólu, masując opuchnięte kolana, a zamyślony ojciec nic nie mówił. Od czasu do czasu stawiał przede mną brata i wydawał rozkaz: - Masz go nawet na chwilę nie spuszczać z oka. I znikał. Gdy się pojawiał, siadał koło matki i dość głośno oznajmiał, że on ma za sobą dwie wojny i to mu się nie podoba.

Ale dla nas z kolegą najważniejsze były nasze ścieżki. Następnego dnia zobaczyliśmy to, co najważniejsze: na podwórku wielkiego browaru zaroiło się od żołnierzy AK. Od razu dowiedzieliśmy się, że to 1 KOMPANIA. Wszyscy mieli opaski z takim napisem na lewym ręku. Dziś wiadomo, co to była za jednostka, ale wówczas nikt tak dotykalnie nie odczuł ich obecności, jak my. Chyba w trzecim dniu Powstania obserwowaliśmy po ciemku ich wymarsz. Szli, by wykurzyć żandarmów z wachy czyli posterunku zajmującego stojący do dziś budynek róg Chłodnej i Żelaznej.

Nieco później byliśmy obok nich po zdobyciu dwóch ostatnich pięter. Dotarłem tam na I piętro wraz z moim żołnierzem, do którego się przylepiliśmy w browarze na Grzybowskiej. Taszczyłem jego pudło z amunicją do karabinu maszynowego. Nieco później przypadło mi w udziale korkowanie butelek z benzyną. Pod korek wkładałem kawałek szmaty. Gdy zaatakowały czołgi, podawałem flaszki. Patrzyłem później zza pleców mojego szefa, gdy gałgan umoczony w benzynie zapalał od płomienia karbidówki i celnie rzucał flaszką z góry. Już od pierwszej butli czołg zapłonął. Po drugiej płomień rozlał się szerzej i pojazd zaczął wycofywać się wolno w stronę mojej szkoły na Waliców.

Kolega robił to samo przy sąsiednim oknie. Dzień później wziął udział w jeszcze jednej wyprawie - zdobywaniu szpitala na Żelaznej w pobliżu Żytniej. Nie udało się, a on wrócił z przestrzeloną ręką. Po jego głośnym w kamienicy wyczynie byłem pilnowany ze wzmożonym wysiłkiem przez całą domową trójkę. I właściwie na tym skończyła się przygoda. Dwa dni później nasi żołnierze zniknęli. Mój dowódca, JUR, jak go nazywali koledzy, poszedł podobno z oddziałem na Stare Miasto.

Jerzy Kraśniewski

Blowjob