środa, 08 marzec 2017 07:37

Raz jest słońce, raz jest deszcz

Napisane przez 

Z Marcinem Szrederem, mistrzem Europy w kickboxingu, warszawskim biznesmenem walczącym w ring-klatce rozmawia Grzegorz Sakowicz, 4 dan w karate, medalista Mistrzostw Europy i Kanady

- Mistrz kickboxingu, biznesmen walczy w ring-klatce?

- Nie czuję się mistrzem.

- Jesteś Mistrzem Europy masz tytuły, a więc?

- Ok, niech będzie: jestem mistrzem, prowadzę fajne biznesy i mimo ogromu pracy walczę w ringu i ring-klatce

- Co spowodowało, że zacząłeś trenować sporty walki?

- Od zawsze mnie to kręciło, bo ja potrzebuję adrenaliny, wyzwań, potrzebuję pokonywać granice swojego organizmu, potrzebuję jak się ode mnie wymaga, ale przede wszystkim jak ja sam od siebie wymagam.

- Kickboxing to był wybór świadomy? Jest tyle innych, np. thai chi...

- W Kołobrzegu, bo tam się urodziłem, był kickboxing a mieszkałem tam - zanim przyjechałem do Warszawy - praktycznie do 18 roku życia; później miałem przerwę 4 lata i tańczyłem break dance.

- Pierwszy start w ringu i pierwsze zwycięstwo?

- To było dawno w Kołobrzegu i to było w...?

- W light contact?

- Tak, chyba tak, miałem z 16 lat, ale słabo było z trenerami i słabo ze startami.

- Najpierw w Twoim życiu był sport, a zaraz potem biznes?

- Najpierw był sport, mocno trenowałem, później przyjechałem do Warszawy i praktycznie do 24 roku życia przerwałem treningi, bo zajmowałem się biznesem. Wstawałem o 5 rano, na 6 do pracy, potem w terenie jako akwizytor, na koniec jeszcze odprawa, więc wracałem do domu o godzinie 24. Kiedy awansowałem na menadżera miałem trochę więcej czasu i po 7 miesiącach powiesiłem swój pierwszy worek w salce, gdzie odbywały się konferencje i szkolenia, i zacząłem sobie kopać, tam zacząłem trenować. Później poznałem Marcina Velinova, trenera aikido, i trenowałem indywidualnie przez 1,5 roku aikido. Ale moje pierwsze prawdziwe walki w większości toczyły się na ulicy, byłem straszny rozrabiaka, do wszystkich klubów w Warszawie miałem zakaz wstępu, byłem tym, co się nie bał, ale biłem tylko tych, co wyglądali groźnie i cwaniakowali albo zaczepiali słabszych. Taka natura obrońcy i wojownika.

- Da się pogodzić prowadzenie kilku biznesów z zawodowym sportem i odnosić sukcesy w jednym i drugim?

- Bardzo trudno; trzeba dobrze biznesy poustawiać i mieć zaufanych ludzi, a mieć ludzi zaufanych w tych czasach, to prawie cud. Nie ukrywam, że jak trenuję zawodowo, to praktycznie jestem całkowicie odcięty od biznesu, bo nie umiem się skupić jednocześnie na obu rzeczach. Oczywiście prowadzę szkolenia, staram się pilnować kalendarza, odbywam spotkania, pilnuję rozliczeń, ale biznesy pewnie miałby się lepiej, gdybym był na miejscu w klubach i pilnował, a nie odpoczywał po treningach. Więc da się pogodzić, ale tylko z zaufanymi ludźmi i jednak przy choćby minimalnej kontroli interesów.

- Niebawem będziesz walczył w Warszawie, w swoim ukochanym mieście? Stresujesz się?

- I tak i nie. Liczę przede wszystkim na wsparcie rzeszy moich przyjaciół i ekipy ze SzrederTeam, więc raczej to nie stres, tylko euforia i lekkie podniecenie, że będę walczył przed swoimi. Oczywiście wymaga to ode mnie jeszcze większego poświęcenia, żeby nie zawieść tych co przyjadą.

- Jak wygląda normalnie Twój dzień, jak wygląda cały tydzień? Chodzi mi o przygotowania i pracę przed walką.

- Wstaję o 8–8:30, jem śniadanie, idę na trening na 10.30 do Palestry, po treningu idę na obiad, później załatwiam sprawy urzędowe, kładę się po 16. na drzemkę, później kolejny trening o 19.30, kończę o 22, ale nie wracam do domu, tylko idę do pracy, do swoich klubów, tam kończę pracę około pierwszej-drugiej w nocy, jadę do domu i kładę się spać. I tak dzień w dzień, oprócz sobót i niedzieli.

- Chyba za mało śpisz?

- Tak, to mój błąd, nawet trenerzy na mnie często krzyczą, że za mało śpię, jestem przemęczony, mam zakwaszony organizm, ale czasem muszę być w klubach, muszę pilnować biznesu, bo się inaczej nie da. Nie ma kota, myszy harcują.

- Bez odpoczynku i regeneracji ciężko być w superformie.

- Dlatego przez 3-4 tygodnie staram się więcej odpoczywać, skupiam się na przygotowaniach i na regeneracji, staram się więcej spać.

- Wychodzi tak z 7-8 godzin snu?

- Niee, no co ty - 5, ale poczekaj, jeszcze walę drzemkę w ciągu dnia na 2 godzinki... to tak jakoś by się nazbierało z 7 godzin, no i może jeszcze z 15 minut w korkach.

- Kto na co dzień Ci pomaga w przygotowaniach?

- Głównie trenuję z Łukaszem Rolą w Palestrze, trenuję też z kolegami, jak się udaje jadę czasem do innych klubów trochę posparować, poruszać się. Teraz jest fajnie, bo mam nową grupę trenerską, po części odpowiedzialną za moją wydolność, i jest super podejście: po raz pierwszy trener przez półtorej godziny stoi i patrzy, co i jak, z zegarkiem, stoperem, patrzy jak jest z tętnem.

- Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że aby mieć sukcesy na najwyższym poziomie trzeba mieć zespół ludzi - trenerów, rehabilitantów, masażystów. Myślą: o, przyszedł pokopał w worek i poszedł.

- Powiem tak: szkoda że tak późno to zrozumiałem, bo mam 40 lat. Teraz rozumiem, że jest potrzebny sztab ludzi, że inaczej jest gdy trenujesz w grupie 20- 40 osób, inaczej gdy trenujesz indywidualnie - jeden trener patrzy co robisz, drugi jest od wydolności, trzecia osoba jest od odżywiania, czwarty to lekarz od badań. Ja dopiero taką drogę zobaczyłem. Taką drogą trzeba iść do sukcesu i jeśli zdrowie mi pozwoli to powalczę jeszcze ze 2-3 lata. Na tym teraz chcę się bardzo skupić. Z zespołem ludzi, z trenerem od wydolności, z lekarzem skupionym na moim organizmie i oczywiście dietetykiem, który mówi o której mam jeść, co mam jeść, bo okazuje się, że jedzenie w nocy i popijanie whisky o 2-giej wcale nie jest takie dobre dla zdrowia, jak mi się wydawało :) Teraz jest to moja nadzieja, ten zespół ludzi, że dzięki niemu w tym wieku będę mógł jeszcze wyżej odbić się w swojej karierze.

- W sumie są to ostatnie 2-3 lata, kiedy możesz jeszcze ostro powalczyć.

- Tak, tak, ale faktem jest, że to wszystko też zabiera mi mnóstwo energii i czasem mam naprawdę dość, ale sporty walki ratują mnie przed zbędnym wyniszczaniem organizmu, bo jeśli pojawiają się sukcesy sportowe, to tak mnie to mobilizuje do ciężkiej pracy, do zdrowszego trybu życia, że potrafię się poświęcić bardziej dla sportu i zdrowia. Bo normalnie to jest tak, że każdego wieczoru przychodzi kolega, drugi, jedno piwko, drink, no i zaczyna się, a kończy o 12. w południe i śpisz później padnięty 3 dni. Walki i federacja, która daje mi walczyć, powodują, że dobrze się prowadzę. Daje mi to trochę inne życie.

- Oglądałem Twoje wpisy na portalu społecznościowym, ma się wrażenie, że jesteś wrażliwym facetem; jak się to ma do wejścia do klatki, agresji, którą trzeba tam mieć i podobnie w biznesie. Wnioskując z wpisów trudno sobie Ciebie wyobrazić jako agresywnego wojownika, jako twardego biznesmena.

- Ha ha ha… Masz racje, przyznam się jestem bardzo wrażliwym człowiekiem, w szczególności na krzywdę zwierząt, może nawet bardziej niż na ludzką krzywdę, bo ludzie są zawistni i złośliwi, a zwierzęta nie. Ale wracając do pytania: jak wchodzę do ringu, to się przemieniam w zwierzę, by walczyć; nie wchodzę po to, by skrzywdzić przeciwnika, tylko po to, aby z nim wygrać; chce walczyć i zadać mu tyle ciosów, aby padł, ale nie chcę zrobić mu krzywdy, w ringu traktuję człowieka nie jak wroga, tylko jako przeciwnika, który chce sprawdzić swoje umiejętności, kto jest lepszy. Nie ukrywam: jestem agresywny, jestem wariat, ale wariatem jestem, kiedy muszę lub wtedy, gdy chcę. Przeciwnik nie wychodzi do ringu, żeby się pouśmiechać i poklepać, tylko po to, by walczyć i dlatego ja walczę również na maksa. Reaguję tak, że jak zawodnik zadaje mi ból, to potrafię zadać 10 razy więcej. A po walce możemy pójść na piwo i się śmiać.

- Zapytałem, a w zasadzie stwierdziłem, że jesteś wrażliwym facetem, wiem także, że jesteś mocno uduchowiony, no i… bardzo inteligenty zarówno życiowo jak i biznesowo. Czy to norma w sportach walki?

- Wiesz co... głupio się przyjęło, że w sportach walki walczą głównie debile, którzy nie mają nic w mózgu. Nie ukrywam, że tak się też zdarza, ale naprawdę jest różnie, są świetni faceci - i chyba coraz więcej takich - i są tacy, którzy w życiu mają mało do powiedzenia. A jeśli chodzi o mnie, to milo mi słyszeć, że jestem inteligentny. To chyba prawda, bo gdybym nie był, to pewnie bym niczego nie osiągnął, ale inteligencja musi być połączona z konsekwencją działania, bo jeżeli nie dążysz wytrwale do celu, poddajesz się przy pierwszym niepowodzeniu, to choćbyś nie wiem jak był inteligenty nie osiągniesz niczego. Ważne jest, aby dążyć do celu. Przewracasz się, stajesz, nie masz siły iść, to się czołgasz. To jest tak, jak z drzwiami: masz 100 drzwi, chwytasz 99 i nie ma efektu, nie udało się ich otworzyć, ale zostały jeszcze jedne i myślisz: nie mam już sił, pewnie i tych nie otworzę. A właśnie te setne też warto próbować otworzyć, bo tam za nimi może stać sukces. Kluczem jest nie poddawać się. Często tak jest, że jak coś nie wychodzi w sporcie, w biznesie, to ludzie się poddają, często jest to spowodowane brakiem poparcia bliskich, ja tak miałem. Przyjechałem do Warszawy mając 600 zł w kieszeni i dmuchany gumowy materac. Po dwóch miesiącach ojciec powiedział, że sam muszę sobie radzić, „skończyłeś 18 lat i musisz sam płacić za szkołę”. I nie miałem wyjścia; albo walczysz i zwyciężasz, albo nie walczysz i gnijesz.

- Znając trochę Twój życiorys przychodzi mi na myśl jeszcze jeden niezwykły sportowiec-biznesmen, Władimir Kliczko. Ty i on jesteście w podobnym wieku, sporo osiągnęliście w sporcie, no i zarabiacie spore pieniądze. Jest wiele podobieństw między wami, tyle tylko, że Ty jesteś bardziej wyluzowany. Da się tak: ostro walczyć, ostro pogrywać w biznesie, a w życiu jakby ciągle w ekstazie z uśmiechem?

- (długi śmiech) Wiesz co, ja dość specyficznie podchodzę do życia, pokazuję to też na portalach społecznościowych: większość ludzi żyje według systemu wytworzonego przez lata, a mianowicie: ludzie nie żyją, jak chcą, tylko tak, jak inni powiedzą, a to tego nie wypada, tego nie można, a co inni powiedzą… A ja jeśli mam ochotę iść Marszałkowską i śpiewać „miała matka syna syna jedynego” to idę i to robię. Nie zastanawiam się co ludzie powiedzą, mam to w dupie.

A wracając do porównania mnie do Kliczki, to on na pewno zarabia większe pieniądze. A u nas w kraju z kasą z walk jest słabo, praktycznie ich nie ma wcale, gdyby nie sponsorzy, to tak naprawdę w ogóle by nie było. Jeśli chodzi o mnie, to pieniądze z walk mnie nie kręcą, bo je mam z czego innego, mnie kręcą kibice, ci ludzie, którzy krzyczą „Szreder, Szreder, Szreder”. To mnie kręci, wzruszenie tych ludzi, jak później przychodzą, gratulują. Nawet jak przegrałem, podchodzą do mnie i mówią wspierając: „każdy by marzył by przegrać i walczyć jak ty, walczyłeś do końca, przyjąłeś tyle ciosów, nie padłeś, szedłeś dalej”. To jest coś niesamowitego, dla tego chce się walczyć, jak nie ma kibiców, to jak bić się na ulicy, tylko przypał łapać.

- Czy Kliczko to dla Ciebie dobry przykład sportowca, biznesmena człowieka?

- Nie. No, fajnie, że facet walczy, wygrywa, ale jakoś tak nie za bardzo, nie chcę się też porównywać do nikogo. Oczywiście trudno go nie brać za przykład dla ludzi, jako człowieka, który osiągnął sukces jako sportowiec i jako biznesmen.

- Czy uważasz, że biznesmenom potrzebny jest sport, sporty walki?

- Ja uważam, że każdy powinien trenować sport, jakikolwiek.A dlaczego? Bo gdy trenujemy to wyzwala w nas charakter, wyzwala chęć niepoddawania się, konsekwencje. Mózg pracuje inaczej, produkuje endorfiny aż człowiekowi chce się żyć. Bo co jest lepsze: zjeść 4 pizze, usiąść przed telewizorem i obejrzeć „Na wspólnej”, czy lepiej jest pójść pobiegać, potruchtać, pójść na siłownię, potrenować sporty walki, bo w sportach walki nie chodzi o to, by się tylko bić, to trening charakteru i sylwetki.

- Czy uważasz że ludzie ogólnie, a w szczególności biznesmeni w Polsce z pieniędzmi są zbyt napięci, zestresowani, zbyt skupieni na biznesie? Czy powinni brać przykład z Ciebie, wyluzowanego, spełnionego biznesmena, sportowca z sukcesami? Myślisz że mogliby się czegoś nauczyć od Ciebie, podpatrzyć jak ciekawiej i pełniej żyć?

- Żeby zrozumieć, w jaki sposób ja żyję, to trzeba mieć bardzo dużo i nagle to stracić, a wtedy zobaczyć, co jest cenniejsze, byłem milionerem, zarabiałem duże pieniądze, jeździłem samochodem za prawie 3 miliony zł, jako pierwszy w Polsce miałem rolls royce phantom coupe i powiem szczerze, że pamiętam, jak ten rolls royce zjeżdżał z lawety, to się popłakałem, bo wolałbym mieć malucha 125 bez kół, żeby tylko kobieta z którą się rozstałem, do mnie wróciła... Do czego zmierzam. Pieniądze w życiu szczęścia nie dają, pomagają i dobrze je mieć, ale prawdziwe szczęście, to jest dom rodzina, dzieci, a ci nasi dzisiejsi biznesmeni są często tak zafiksowani, tylko kasa, kasa, kasa, ja straciłem dużo pieniędzy i dziś już mnie to nie kreci, chciałbym mieć zajebistą rodzinę, zdrowe dzieci, ale już nie potrzebuje mieć helikoptera, domu 1000 metrów, chcę żyć w miłości otaczających mnie ludzi, a dzisiejsi biznesmeni maja pieniądze i chcą mieć coraz większe, nie patrząc na to co pięknego ich otacza; szczerze, większość tych ludzi to są ludzie nieszczęśliwi. Często kręcę filmiki, gdzie robię z siebie czasem kretyna, po to, aby coś ludziom przekazać od siebie. Ile ja dostaję wiadomości z podziękowaniem; piszą, że „było mi źle, a to, co zrobiłeś, Marcin, mi pomogło”, ktoś inny, że „jest mi tak źle, zostałam z 2 dzieci, ale dzięki Tobie stanęłam na nogi otworzyłam firmę, zaczęłam szyć, zaczęłam projektować”, jeszcze inny facet po 50 stracił wiarę i chęć życia; patrząc na mnie zaczął ćwiczyć, chodzić na zajęcia, znowu żyć. Pewien chłopak zaczął ćpać, chlać; patrząc na moje filmiki rzucił to i też zaczął ćwiczyć piłkę nożną, wrócił do klubu, do dziewczyny, ja takich wiadomości mam mnóstwo, dlatego to mnie napędza, chcę stworzyć coś, co będzie na co dzień pomagać ludziom. Takie różne rozwiązania dla innych, które im pomogą, a tam zwariowany Szreder, który kręci i mówi różne rzeczy, a to, co mówi, pomaga innym. To mnie najbardziej kręci; zarabianie pieniędzy może być ok, ale tak naprawdę pomaganie innym to jest coś naprawdę fajnego, dawanie ludziom oparcia.

- Zapytałem o Kliczkę sportowca biznesmena, który walczy, który odnosi zarówno sukcesy w sporcie jak i w biznesie, a co powiesz o Mariuszu Pudzianowskim? Czy i on jest dobrym tego przykładem?

- Jeżeli chodzi o Mariusza Pudzianowskiego, to szanuje człowieka za jego skromność. Nie podoba mi się jego jedno zachowanie, kiedy przegrał walkę z Marcinem Różalskim, a wiem, że przerwał i klepał, mówiąc, że tego nie zrobił, teraz chce rewanżu. Ja znam kulisy tego. Tylko po co Różalowi rewanż, ale jeśli Pudzianowski chce, ok, to niech daje w zastaw ten swój samochód, bo tu już w grę wchodzą tylko pieniądze. Jednak muszę przyznać Pudzianowskiemu i chwała mu za to, że za cokolwiek się bierze naprawdę widzę że zasuwa, że trenuje ciężko i nigdzie nie wozi się, na żadnych portalach, nie mówi że jest mistrzem, on zawsze mówi sobie skromnie i za to go bardzo cenię i szanuję. Osiągnął sukces w sporcie, a wiem, że i w biznesie stoi równie mocno i tak trzymać.

- Gdyby pojawiła się propozycja walki w kickboxingu na zasadach K1 z Mariuszem Pudzianowskim lub z Władimirem Kliczko na odpowiednich warunkach finansowych podjąłbyś walkę? Jesteście w podobnym wieku, z sukcesami w sporcie, z sukcesami w biznesie, byliby to przeciwnicy z którymi rozważyłbyś walkę?

- Noo tak, ale trzeba zauważyć, że ani jeden ani drugi to nie moja waga, choć walczyłem w ciężkiej, i czasem wygrywałem, to ważyłem około 100 kilo, a Mariusz 120-130 kilo… no oczywiście, gdyby to były duże pieniądze i nie mówię tu o pieniądzach za dobry używany samochód z 2001 roku, tylko o kwocie za dobre auto z salonu, czyli za spore pieniądze, to owszem, mogę się bić z każdym, nawet z Tysonem, nie ma problemu. U mnie nie występuje coś takiego jak strach, mogę bić się z Badrem Harim i zrobić show, i jeśli ten zastrzyk pieniędzy pozwoli mi wszystko zrekompensować, to nie ma problemu. Jeśli taka walka pozwoli spełnić marzenia o sukcesie sportowym, a jednocześnie pozwoli już na spokój w domu z własną rodziną, i pozwoli nie pracować, nie harować po nocach po klubach na pewno do takiej walki mocno się przygotuję i nie dam się zabić.

- Czy kickboxing Cię ukształtował?

- Myślę, że sporty walki bardzo mocno, ale też praca akwizytora, to jest szkoła charakteru. Wyobraź sobie: o godzinie 8 wychodzisz w teren, chodzisz od drzwi do drzwi, od furtki do furtki, od człowieka do człowieka, z tym samym uśmiechem, z tym samym entuzjazmem, mówią ci wyjdź, wynocha, uciekaj, nie kupuję tego. A ty masz 7 zł od karty rabatowej i cały dzień chodzisz, aby zarobić te 70 zł dniówki. Powiem szczerze: to tak kształtuje charakter, że trudno to do czegoś porównać. Później zostajesz menadżerem, ten biznes jest uzależniony od ciebie, od podświadomości, od tego, jak wpływasz na ludzi. Tak, ciężka praca mnie ukształtowała, ukształtowała praca akwizytora, sprzedaż bezpośrednia, moja konsekwencja, niepoddawanie się, wiara w ludzi, motywacja i ta charyzma, którą mam może od urodzenia, ale ukształtowałem ją chodząc i wysyłając ludzi w teren.

- Wydaje się, że cięższa praca niż trening.

- No, żebyś wiedział, na treningu pokonujesz sam siebie, a tutaj jeszcze walczysz z ludźmi, i jeszcze musisz zmotywować innych do pracy, do tego, żeby walczyli ze sobą i z trudnościami w terenie. Żeby wierzyli, że się da, żeby się nie poddawali...

- Czy Twoje sukcesy lub porażki w ringu przekładają się na Twoje biznesy? Jak wygrywasz, to lepiej zarabiasz, a jak przegrywasz, to idzie gorzej?

- Nie, walki i biznesy nie są powiązane, mnie porażki nie ruszają, nie załamują, nie przerażają. Ja muszę mieć w sobie to, że ostro się przygotowywałem, że nie olewałem, że ćwiczyłem na maksa, że walczyłem na maksa do ostatniej krwi. Że nie poddałem się, a że przegrałem, to trudno raz jest słonce, raz jest deszcz. Ostatnia porażka nauczyła mnie więcej niż ostatnie wygrane, bo porażki więcej uczą; jak się przewrócisz, to wiesz, jak stawiać następnym razem nogi, żeby się nie przewrócić. Jak skręcisz kostkę, to następnym razem wiesz jak biec, żeby nie skręcić, a jak nie skręciłeś, to i tak wcześniej czy później skręcisz. Na mnie porażki nie mają wpływu, zwycięstwa tak jak najbardziej, człowiek jest szczęśliwszy i dłużej świętuje.

- Wielu ludzi podziwia Cię jako człowieka, jako sportowca, jako autorytet; potrafiłbyś zachęcić ludzi do sportu, zmotywować do pracy nad sobą?

- Jak najbardziej, wydaje się, że to jest mój największy talent, motywacja ludzi, wpływanie na nich, żeby chcieli zrobić coś dla siebie, żeby wstali, żeby zaczęli żyć, w tym czuje się bardzo dobrze. Robiłem to 15 lat, każdego ranka. Prowadziłem firmę, która miała 600 osób. Potrafiłem zmotywować 600 osób do pracy, wiesz ile trzeba mieć siły i jakie to uczucie? Motywowałem ich do tego stopnia, że nie mogli się doczekać, żeby iść pracować, niezależnie czy deszcz, czy śnieg, żeby pójść sprzedać antenę satelitarną. Teraz niedawno prowadziłem szkolenie w takiej firmie, dosłownie jak w filmie „Wilk z Wall Street”, gdzie ludzie siedzą na telefonie i przekonują do zakupu udziałów. Po moim szkoleniu obroty skoczyły o 270 procent w górę, gdzie kląłem podczas motywowania ich... ale taki jestem…

- To jak reklama ciebie.

- Ja uwielbiam pracować z ludźmi, widzieć jak się podnoszą, jak się motywują, jak lepiej i wydajniej pracują, lepiej żyją. Tak było przez 15 lat; po rozmowie indywidualnej ze mną człowiek, który przyszedł czołgając się z terenu, nie wierząc w siebie, po 15 minutach wychodził z pokoju i mógł góry przenosić.

- Niedługo 11 marca walczysz, dużo trenujesz?

- Tak. codziennie rano i wieczorem. W tej chwili trochę zwalniam, bo też chorowałem i 4 dni spędziłem w łóżku, a choroba bardzo mnie osłabiła. Myślałem, że można z gorączka walczyć, ale wiem, że nie można, lepiej walczyć ze złamaną nogą niż z gorączką, ponieważ serce nie jest w stanie wyrobić, jest tak osłabione, że szybko tracisz siły, ale odzyskuję już moc, moje serduszko wracam do formy, na 11 marca będzie sprawne, będzie pompować tyle krwi, żeby dobrze walczyć.

- Walczysz w organizacji FEN; czy to spełnienie Twoich marzeń, czy jest coś jeszcze?

- Na dzień dzisiejszy to tak. No, ja nie trenuje MMA, nie ukrywam, że największa organizacja to jest KSW, ale tam nie mam szans, bo nie trenuje MMA, trenuje K1 i nie czuję, że mógłbym przeskoczyć na MMA i coś osiągnąć, bo to za dużo czasu mi zajmie. Gdybym miał 30 lat, to bym się nawet nie zastanawiał. No, ale tak naprawdę moja kariera w sensie sportowym zawodowym jest już ku końcowi. Ten czas chcę powoli zacząć przeznaczać na coś innego, chcę budować rodzinę. Natomiast jestem bardzo zadowolony z organizacji FEN za to, że wyciągnęła rękę. Zobaczyli, jak walczę i dzięki temu się bardzo realizuję. Nie ukrywam, że moja osoba dzięki tej federacji została mocno zauważona, tak więc dziękuję włodarzom, myślę że zrobili kawal dobrej roboty, ale i ja dla nich też.

- Z czego rezygnujesz na miesiąc, na tydzień, na dzień przed wyjściem na ring?

- Na 3 miesiące rezygnuje z alkoholu i jakichkolwiek używek, a na 2-3 tygodnie staram się nie wychodzić wieczorami do ludzi, odcinam się totalnie. Na tydzień przed walką staram się wyciszać, spacerować po parku, nie analizuję, chcę być wypoczęty, bo nie ukrywam, brakuje mi wypoczynku. Chciałbym, abym wreszcie tego 11 marca mógł wyjść na ring wypoczęty, na luzie, niepospinany, bo to spięcie powoduje że tracę bardzo dużo energii i chcę faktycznie urwać przeciwnikowi głowę, a powinienem się bawić walką, jak się bawię walką to mi wszystko wychodzi, to są nokauty, a jak wychodzę spięty i chcę szybko urwać głowę to szybko się męczę, tak że w 3 rundzie nie mam już sił, bo to napięcie pozbawia mnie kondycji.

- I na koniec. Jak długo jeszcze chcesz walczyć? Co chcesz w swoim życiu osiągnąć jako biznesmen? Co chcesz w swoim życiu osiągnąć jako człowiek?

- Jako człowiek chciałbym poznać kobietę, która urodzi mi trójkę dzieci, dwie dziewczynki i faceta. Chciałbym mieć spokojną partnerkę, która będzie do życia, która będzie i kochanką i przyjaciółką, mamą naszych dzieci, kumplem i żoną, wszystko w jednym. Chciałbym, aby dzieci były zdrowe. Jeśli chodzi o sport, chciałbym dostać szansę zawalczyć o pas federacji FEN bez względu na wynik walki. Chciałbym oczywiście wygrać i zrobię wszystko, by tak było i po tej szansie zakończę karierę. Kiedyś marzyłem, by walczyć przed kilkutysięczną publicznością i to spełniłem, teraz moim celem jest wyjść i powalczyć o pas. Jako biznesmen chciałbym ustabilizować swoje biznesy, żeby nie były uzależnione od tego, czy człowiek przyjdzie, czy nie, jest ok, żeby były stabilne, żeby kapitał był ulokowany stabilnie, a nie, że dziś jest, jutro nie ma. Do tego będę dążył. Potrzebuję już stabilności w biznesie i w życiu.

- Warto przyjść zobaczyć Marcina Szredera w walce?

- Kurczę, pewnie że warto, kiedyś powiedział trener od boksu, Raubo: „Szreder, ty jak walczysz, to jak ci staży bokserzy, gladiatorzy, walczysz z taką charyzmą, że się chce oglądać, że jak wchodzisz do ringu, to z sercem, że widać emocje, nie ma tam jakiś dziwnych akcji, tylko jest jakaś aura, że chce się przychodzić i oglądać te twoje walki, te emocje”. Moje wyjścia do ringu też są spektakularne, bo nie jest to jakieś „umba umba rapy rapy” urwę ci głowę, nasikam do szyi, tylko zawsze staram się mocno zaskoczyć i tym razem też tak będzie. Będzie moja ulubiona skrzypaczka, będą skrzypce, będzie muzyka, będzie arena, będą ciarki, będą emocje, no i myślę że będzie dobrze, Przyjść warto, jak ktoś nie był na takich walkach, to powinien być. Bo ja wiem, że będzie dobrze.

- Spotkamy się 11 marca na Torwarze.

Blowjob